Na pozór delikatna i eteryczna, a w głębi silna, odważna kobieta.
Niezwykła wrażliwość, jaką dysponuje od dziecka, pozwala jej na
wczuwanie się w sytuację innych i tworzenie dojrzałej, ekspresyjnej
poezji. Mimo przeciwności losu znalazła w sobie siłę, by pokonać
nieuleczalną chorobę. Teraz pomaga innym. Elżbieta Kuc z Białej
Podlaskiej, bo o niej mowa, jest poetką, teatrologiem,
naturoterapeutką.
Poezję tworzy odkąd pamięta. Pierwsze wiersze kazała starszej
siostrze rysować, bo sama nie umiała jeszcze pisać. - Były to mniej lub
bardziej określone wizje. Opowiadałam o tym co czuję, widzę gdzieś w
głębi siebie, a ona to rysowała - Ela uśmiecha się do wspomnień. Kiedy
opanowała sztukę pisania zaczęła ujmować w słowa swoje odczucia,
obserwacje, przemyślenia. Z biegiem lat wiersze nabierały konkretnej
formy, stawały się coraz dojrzalsze. Będąc w pierwszej klasie liceum
wysłała swoje utwory na konkurs literacki ogłoszony przez "Słowo
Podlasia" i zdobyła wyróżnienie. W tym czasie redakcja umożliwiła
młodym twórcom publikowanie na łamach pisma. Elżbieta pisała wiersze i
artykuły. Publikowała także w "Kwartalniku Podlaskim", "Sztandarze
Ludu", "Życiu Literackim", "Kresach Literackich" i w "Słowie
Powszechnym". Współtworzyła gazetę literacko - artystyczną "Jeszcze
Jedna" i bialski Klub Literacki "Maksyma". W 1989 r. ukazał się jej
debiutancki tomik "Niekontrolowany uścisk dłoni". Była zaskoczona, że
do publikacji wybrano właśnie jej utwory, najmłodszej z klubu.
Recenzentów zachwyciła dojrzałość jej poezji. - Myślę, że brało się to
z wrodzonej empatii. Zawsze udzielały mi się emocje innych osób, które
znajdowały ujście w wierszach - wyznaje.
Po maturze trafiła do Studium Teatralnego w Kaliszu. Wybór
szkoły był po części przypadkowy, a po części zgodny z jej
artystycznymi zainteresowaniami. Ukończyła ją z zawodem instruktora
kulturalno-oświatowego o specjalności teatralnej. - Dzięki tym studiom
nauczyłam się wyrażania siebie w sposób kontrolowany, co przy moim
poziomie empatii okazało sie bardzo przydatne w życiu - twierdzi.
Po studiach Elżbieta pracowała jako instruktor teatralny w
Osiedlowym Domu Kultury "Piast" i "Eureka", zaś w Gminnym Ośrodku
Kultury w Worońcu jako regionalistka i konserwator zabytkowych mebli.
Swoją pracę zawsze traktowała bardzo poważnie. Ucząc dzieci i młodzież
technik teatralnych robiła to z pełnym zaangażowaniem. Jej
wychowankowie z powodzeniem brali udział w wielu konkursach
regionalnych i ogólnopolskich.
Choroba przyszła niespodziewanie. Na początku Elżbieta nie
mogła uwierzyć w diagnozę. Dwa niebezpieczne wirusy zaatakowały jej
wątrobę, spowodowały marskość tego organu i niemal stan przedrakowy.
Dla matki wychowującej samotnie dwoje dorastających dzieci było to
podwójnie trudne. Nie chciała by patrzyły jak umiera. Córka Kaja uczyła
się w tym czasie w Liceum Sztuk Pięknych w Zamościu. Synowi Kubie także
doradziła, by wybrał szkołę w innym mieście. Zgodnie z
zainteresowaniami zdecydował się na technikum chemiczne w Lublinie. -
Dla ich dobra postanowiłam, że stoczę tę walkę sama, choć nie było to
łatwe - przyznaje. Początkowo wydawało jej się, że to już koniec. Potem
dostrzegła w sobie nieodpartą chęć życia, więc pomyślała, że to nie
może się tak skończyć. Podjęła leczenie. Była wszędzie i zażywała
wszystko, co zalecili lekarze, nawet nowy, mało testowany jeszcze wtedy
lek, ale dawało to bardzo słabe efekty. Wówczas Elżbieta zainteresowała
się terapiami naturalnymi. Odwiedzała ośrodki zajmujące się medycyną
niekonwencjonalną i szukała metody najlepszej dla siebie.
Zainteresowała się filozofią buddyzmu. Spotkała wielu wartościowych
ludzi, od których nauczyła się, jak być dobrym dla siebie i innych.
Zaczęła praktykować jogę i medytacje. Ćwiczenia te pozwoliły jej
oczyścić umysł i ciało, inaczej spojrzeć na swoje dotychczasowe życie i
zmienić je. - Uporządkowałam priorytety. Postnowiłam , że będę kochać
każą chwilę i żyć każdą chwilą. Będę wierna sobie i nie zrobię nic, co
byłoby niezgodne z moimi przekonaniami. Odtąd nie marnuję już czasu na
to co było, nie koncentruję nie na tym co złe. Unikam konfliktów.
Tworzę nowe, dobre jutro. Na to wykorzystuję swoją energię - podkreśla.
Spotkania z buddystami utwierdziły Elżbietę w przekonaniu, że
nie ma religii lepszej i gorszej. Wszystkie opierają się na zasadzie
miłości bliźniego. Dlatego nie odczuła potrzeby zmiany wyznania z
katolickiego na buddyzm. - Bóg jest jeden, więc jeśli będę dobrą
chrześcijanką to będę się spełniać w tej religii, w jakiej zostałam
wychowana i jaka jest mi bliska - mówi.
Spośród poznanych metod naturoterapii wybrała reiki. Słowo to
pochodzi z języka japońskiego i oznacza uniwersalną energię życiową,
którą wypełniona jest przestrzeń, siłę działającą zawsze i wszędzie we
wszystkich istotach i rzeczach wszechświata. Energia ta ma doprowadzać
organizmy do pełnej równowagi na wszystkich płaszczyznach, wzmacniać
siły życiowe, przynosić ulgę w cierpieniu, dawać poczucie własnej
wartości, uczyć miłości, akceptacji siebie i innych. - Reiki nie
zastępuje lekarza, ale pozwala na ograniczenie korzystania z jego
usług. Gdy zajdzie potrzeba znakomicie wspiera działnie medycyny
akademickiej i powoduje szybszy powrót do zdrowia - zaznacza Elżbieta.
Dodaje, że reiki nie jest religią ani filozofią. Jest energią i sztuką
jej wykorzystania, którą ponownie, pod koniec XIX wieku, odkrył dr
Mikao Usui. Do Polski metodę tą przeniosła m.in. s. Mariusza - Jadwiga
Bugaj - ze Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek.
Elżbieta Kuc skorzystała z reiki by pomóc sobie. Potem
zapragnęła dzielić się nią z innymi. - Zdolność przekazywania tej
energii może posiąść każdy, kto wyrazi szczery zamiar uzyskania dostępu
do niej, ukończy szkolenie prowadzone przez mistrza reiki i uzyska
odpowiednie wtajemniczenia - mówi. Jej mistrzem była Małgorzata
Kołakowska z Warszawy. Elżbieta uzyskała certyfikaty z I i II stopnia
reiki, II stopnia specjalistycznego reiki oraz kundalini reiki. Ma
tytuł mistrza nauczyciela i uzdrowiciela. Ponadto zdobyła uprawnienia
na przeprowadzanie zabiegów świecowania i konchowania uszu, starej
metody zaszczepionej od Indian Hopi, a działającej głównie na
schorzenia uszu, zatok, dróg oddechowych i głowy. Jest członkiem
Lubelskiego Cechu Naturoterapeutów i Radiestetów. Pomogła już wielu
osobom. Jak twierdzi największą satysfakcję sprawia jej rozwikłanie
choroby, bo każda ma jakieś podłoże, przyczynę. - Choroba powstaje w
naszej głowie. Tam ją hodujemy przez lata. Zaczyna się od lęków, obaw,
strachów, od niezałatwionych spraw, które nękają nas miesiącami i
latami. Powstaje wewnętrzny konflikt, z którym nie potrafimy sobie
poradzić, a następstwem są choroby. Uzdrowienie może rozpocząć się
tylko wtedy, gdy zmienimy podejście do życia, zrezygnujemy z
wyniszczających nas nałogów i przyzwyczajeń, oczyścimy organizm i
często także sumienie - podpowiada Elżbieta.
Praca z ludźmi daje jej ogromne zadowolenie. Pomaga innym a
jednocześnie rozwija swoją osobowość. Narzuciła sobie pewną dyscyplinę
i jest konsekwentna. Codziennie rano wstaje trochę wcześniej, by mieć
czas na medytację i modlitwę. To wycisza i daje siłę na cały dzień,
który kończy także medytacją i modlitwą. Regularnie chodzi na badania i
kontrole lekarskie. Wyniki wskazują, że jest zupełnie zdrowa. - Lekarz
trochę się dziwi, a ja cieszę się, że udało mi się doprowadzić organizm
do normy. Na jak długo? Nie wiem i nie myślę o tym. Cieszę się każdym
dniem - podkreśla.
Znów pisze wiersze. Dwa lata temu wydała tomik "Uczłowieczanie
chromosomów". Powstają kolejne utwory, ale dla Elżbiety najważniejsze
teraz są dzieci, praca z ludźmi i rozwój osobisty. - Tak już będzie
przez cały czas - podsumowuje naszą romowę.
Małgorzata Brodowska
|